piątek, 1 grudnia 2006

ARMENIA 2006. Erewańskie przedmieścia




























Zwiedzając zamknięty ormiański kościół w Tibilisi natknęliśmy się na niesamowitych Ormian, którzy namówili nas na wyprawę do Erewania. Następnego dnia wsiedliśmy do marszrutki na Ortachala Avtosaduri. Podróż pod hasłem „Jak nie Kongo, to Erewań”(to jest dopiero historia...). Zimny bus pełen ludzi ubranych w czarne skórzane kurtki. Po kilku godzinach marszrutka się zepsuła. Krajobraz mętny, konsternacja, wszyscy czekają na to co powie wyrocznia – kierowca – po powrocie z silnika. Kierowca wysmarkał się na ulicę, wpierw jedną dziurkę, potem drugą, zima, żółte, posklejane mazie szybko zakrywa śnieg. Mijamy stado krów, jest nawet kilka koni. Spora część stada stała na jezdni, inne opierały się o mur – czy widział kto krowę opierającą się o mur? Gieorgi – bo tak na 99% ma na imię mężczyzna siedzący obok – wyciągnął chaczapuri. Obrazy zza okna: pustostany, opuszczone mury, blokowiska, kwadraty bez szyb, które można przejrzeć na wylot. Hektary opustoszałej ziemi, szkielety bezlistnych drzew, zagubione czarne reklamówki straszą na krzakach. To najsmutniejsza pora roku: szaro, zimno i brudno. Przemili współtowarzysze podróży, co chwila częstują nas tłustym jedzonkiem.

Granica- zakurzona, ale czujna. Pierwsza wieś, typ popegeerowski, z tą różnicą, że pod sklepikiem stoją trzy nowoczesne, czarne mercedesy...

Dookoła tyle przestrzeni, hasają cztery świnie wielkości krów. Mogłaby tu być Irlandia, ale jest Armenia i ruskie przeboje w radio.

Miasto – stan przejścia/transformacji – nie do końca rozpoznajemy czy coś jest budowane czy w stanie rozpadu, zawieszenie. W sklepie sprzedawczyni kalkuluje ceny za pomocą drewnianego liczydła, w centrum miasta mijają nas piękne Gruzinki w drogich, markowych ciuchach. Zapach sowieckiej przeszłości, skropionej zachodnimi perfumami.

Na przedmieściach Erewania stał Pan ze zdjęcia i sprzedawał puste, plastykowe butelki znalezione przy drodze za 1 grosz każda - „dopóki Putin dzierży Armenię, dopóty jesteśmy bezpieczni”- mówi. Armenia jest samotna, tak jak i Gruzja i inne państwa Kaukazu. Jedne państwa blokują drugie, każde robi to z różnych powodów i na innej granicy. Widok z Muzeum Rzezi Ormiańskiej na górę Arrat jest imponujący i wystarczająco wymowny... W bibliotece na przedmieściu znaleźliśmy tylko jedną książkę w języku angielskim – bardziej martwi nas przeciekający dach i brak ogrzewania, niż deficyt obcojęzycznych książek – mówi Pani Dyrektor. Dopóki nie zaspokoimy podstawowych pragnień nie mamy wyższych... CDN










środa, 22 listopada 2006

GRUZJA 2006. Karadjala - widok na Czeczenię





















KARADJALA „LUDZIOM ŻYJE SIĘ TU HARASZO”

Rowszan

Karadjala - wioska położona w północno-wschodniej Gruzji zamieszkana przez mniejszość azerską. Ktoś powiedział, że zapomniana, byliśmy tam pierwszymi turystami…

Centrum wsi roztacza się wokół punktu poboru wody, zniszczonej szkoły podstawowej i szopy, w której mieści się „kasyno” do gry w karty. Nie ma asfaltu, ogrzewania, ani kanalizacji. Wzbudzamy spore zainteresowanie, zwłaszcza wymachując kamerą i pstrykając zdjęcia. Podchodzi do nas Rowszan, lat …, chce nas oprowadzić. Wpierw zmierzamy do meczetu położonego blisko centrum, później w tej ośmiotysięcznej muzułmańskiej wiosce odnajdziemy jeszcze dwa inne miejsca modlitwy. Zamurowane okna przypominają o tym, że w czasach sowieckich meczety były zamknięte. Rowszan podkreśla, że wszystkie dobra znajdujące się w tym meczecie to dary od miejscowej ludności, wskazuje na kolorowe dywany po których wszyscy boso stąpamy. Mufti tegoż meczetu przyjechał do Karadjali specjalnie z Turcji, jest nauczycielem w madrasie – szkole koranicznej, ma piętnastu uczniów; „tłumaczę im jak się modlić i co mówi Allah” – mówi.

Wsiadamy do srebrnego mercedesa Rowszana, w trakcie jazdy opowiada nam historię swojego życia. Za czasów Szewardynadze prowadził kantor wymiany walut, był zamożnym człowiekiem. Bojówki Mahadrionów porwały go dla okupu - pokazuje blizny na rękach i czole - spędził 28 dni w niewoli, okup wynosił 150 tysięcy dolarów. Za głowę jego brata policzono juz 500 tysięcy dolarów. Wskazuje palcem góry widoczne na horyzoncie, znajdujemy się zaledwie 60 km na południe od Czeczenii…

Zmierzamy do rzeźni, która znajduje się kilka kilometrów od wioski, wokół pałętają się bezpańskie psy, a wiatr przegania czarne, dziurawe reklamówki. Ogromna przestrzeń, niestety nie da się uciec od skojarzenia z wysypiskiem śmieci. Tutaj przyjeżdżają Gruzini i kupują mięso, zwykle baraninę. Pytam kto jest Azerem, a kto Gruzinem, jak są między nimi relacje. „Ludzie żyją tu haraszo” to standardowa odpowiedź. Nikt nie zażądał od nas zapłaty za zdjęcia, jedzenie, przewóz. Gościnność w pełnym tego słowa znaczeniu. Ludzie są przychylni, szczerzy, poczciwi, wyrozumiali dla naszej kamery, aparatów i notatników.

Rowszan zaprosił nas na obiad, opowiada o swojej pracy: „zarabiam sto dolarów dziennie” – mówi, jest właścicielem busa, który codziennie wozi ludzi do Baku, taka podróż trwa 7 godzin.

Twierdzi, że kiedyś Gruzja była skorumpowana, dziś widać zmiany, buduje się nowe drogi, po rewolucji pensja policjanta wzrosła dwudziestokrotnie, tak zwalczono korupcję – powiada.

Wybieramy się na skraj wioski, aby obejrzeć kolejny meczet, wygląda jak murowana kapliczka, wokół nas roześmiane dzieci i pijany starzec. Za przysłowiowym płotem wznosi się wielki drewniany krzyż, nasz nowy towarzysz, muzułmanin, cztery lata uczęszczał do szkoły w sąsiedniej, prawosławnej wiosce. „Chrześcijanie i muzułmanie żyją tu haraszo” – mówi.

Pełny tekst dostępny w „Civil Caucasus. Final Report” pod redakcją Krzysztofa Gurby Wydawnictwo J. Fall, Kraków 2007

2007





czwartek, 22 czerwca 2006

środa, 21 czerwca 2006

KENIA 2006. Nairobi. Mukuru slum

















„AFRYKAŃSKIE ALL-INCLUSIVE“

Afryka to kontrast, wewnętrzna sprzeczność. Wyjazd w określone rejony Kenii i Tanzanii (takie jak: Zanzibar, Masai Mara czy Serengeti) to modny sposób spędzania wakacji przez bogatych europejskich turystów. Tam jednak, gdzie kończy się turystyczny Eden, zaczyna się realność społeczeństwa, którego większość żyje za mniej niż dolara dziennie, a jedno na pięć dzieci jest niedożywione. Turyści mogą sobie pozwolić na płacenie za zdjęcia Masajom, całusa od żyrafy czy przytulanie małych lwiątek. Taka ma być „ich Afryka”: safari, Kilimandżaro, dywan z zebry i młode, piękne Kenijki u boku białych turystów, jakby żywcem wyjętych z Houellebecqa. To zrozumiałe, że wazungu (biali turyści) nie wyruszyli na wakacje, by dotknąć prawdy o biedzie i chorobach. Jednak zakres ich ignorancji bywa żenujący. Najlepszym przykładem wydaje się amerykański turysta, który podczas safari nad jeziorem Nakuru zabrał sobie na pamiątkę różową nogę zdechłego flaminga. Przeczytał gdzieś, że populacja tych zwierząt jest zagrożona, więc przekonan y o wysokiej wartości rynkowej pamiątki nie pomyślał nawet, że takie zachowanie w Kenii podlega surowej karze.

Pojechałam tam jako wolontariuszka.Próbowałam uniknąć typowych dla turystów błędów interpretacyjnych i zrozumieć coś więcej z istoty życia w Afryce. Pytałam, jakie są przyczyny nędzy i głodu na kontynencie Afrykańskim. Przyglądając się pracy innych wolontariuszy i misjonarzy, chciałam zrozumieć ich motywacje i uwierzyć w celowość ich działań. Liczyłam, że zrozumiem też, w którym miejscu my – bogaci biali – popełniliśmy błąd… Wreszcie, miałam nadzieję, że, mimo wszystko, spotkam ludzi, którzy w Afryce odnaleźli swoje szczęście i sens życia. Z każdym dniem coraz boleśniej odczuwałam, iż nie otrzymam prostej odpowiedzi na moje pytania.

Jak wszystkim przybyszom, na każdym kroku towarzyszył mi tłumek dzieci. Gdy ktoś robił im zdjęcia, czasem uciekały… Często jednak wiedziały, że w nagrodę za piękny uśmiech coś dostaną – najczęściej długopis z firmowym logo. Potem reklamowały gdzieś w slumsach markę danej firmy, tak jak ich uśmiech utrwalony na fotografii posłuży komuś do zareklamowania wspaniałych wakacji na Czarnym Lądzie.

Wolontariat

W pewien sposób wszystko robi się dla siebie. Nie widzę potrzeby nazywania tego egoizmem.
Allison (wolontariuszka)

Rebecca jest Amerykanką, ma 29 lat, wyższe wykształcenie i jest pilotem. Na pytanie, dlaczego zdecydowała się na wolontariat w Tanzanii, odpowiada: „Z wielu powodów. Po pierwsze, ci ludzie naprawdę nas potrzebują, nie mają innych możliwości uzyskania pomocy medycznej. Poza tym, lubię latać, a praca w którejś z afrykańskich agencji turystycznych nie ma głębszego sensu. A głównie chodzi o to, by nadać życiu sens, mieć cel, czyli chodzi również o mnie. Jest w tym coś egoistycznego. Dobrze się jednak czujemy, mając świadomość, że możemy komuś pomoc. Nie zarabiamy na tym żadnych pieniędzy…”.

Tanzania, step masajski, pośród traw sawanny ulokowane wioski oddalone od siebie o kilka, kilkanaście kilometrów. W 1983 roku po raz pierwszy w pobliżu jednej z wiosek wylądował mały samolot typu Cessna 206. Od tamtego czasu dokładnie co dwa tygodnie w tej samej okolicy ląduje samolot wiozący wolontariuszy. Przede wszystkim po to, by szczepić tanzańskie dzieci (najczęściej Masajów) oraz by udzielać porad i pomocy medycznej pozostałym tubylcom.

Kiedy 23 lata temu pilot awionetki ksiądz Patt Patton tłumaczył Masajom idee FMS (Flying Medical Service), spotkał się ze sporą rezerwą z ich strony. Przekonała ich dopiero epidemia odry, która skończyła się tragicznie dla niezaszczepionych dzieci. Od tamtej pory liczba pacjentów wciąż wzrasta. Zachodnie środki zapobiegawcze uzupełniają się z tradycyjnymi wierzeniami tutejszych plemion: Masajowie kultywują wypalanie na policzkach znaków o kształcie niedomkniętych okręgów, mających chronić ich nosicieli przed chorobami, a jednocześnie na ich ramionach można dostrzec dobrze nam znane blizny poszczepienne.

Decyzję o wolontariacie łatwo podjąć, gdy mowa jest o dwóch czy trzech miesiącach pracy. Pilot Flying Medical Service podejmuje decyzję co najmniej na trzy lata, uzależniając tym samym swoje życie od potrzeb innych. Cztery razy dziennie słucha specjalnej audycji radiowej, w której podawane są informacje o ewentualnych „emergency flights”. Często zdarza się, że trzeba kogoś przetransportować do szpitala odległego o kilka dni marszu.

Chętnych do pomocy jest sporo. Przyjeżdżają również studenci medycyny z Polski, ale rzadko kto decyduje się na stałą pracę w buszu w warunkach niewyobrażalnych dla ludzi z krajów rozwiniętych. Jednym z tych, którzy podjęli się tego wyzwania, jest Jacek – misjonarz werbista z Polski. Mieszka w Arushy od 5 lat, jest jednym z trzech pilotów FMS, w tym roku stworzył dom dla dzieci urodzonych w tutejszych więzieniach. Jest skromny, jak większość pracowników FMS. Słowo „wolontariat” nie padło z jego ust ani raz. To jego sens bycia.

Polska felicjanka siostra Ewa od pięciu lat prowadzi hospicjum w Nanyuki, w Kenii. Wraz z trzema kenijskimi siostrami opiekuje się trzydziestoosobowym oddziałem chorych. Najwięcej pacjentów umiera na AIDS, nierzadko są to młode matki ze slumsów, dla których prostytucja była sposobem na utrzymanie rodziny. Pacjentami hospicjum są także trędowaci i inni poszukujący miejsca godnej śmierci. Codzienność Ewy to trzymanie za rękę umierających.

Allison (jedna z wolontariuszek FMS) twierdzi: „Praca misjonarzy to coś zupełnie innego. Mają wyższy imperatyw, moralną powinność. Potrzebują tego do zbawienia… Dla mnie wolontariat to pewien sposób na odwdzięczenie się. Może noszę w sobie jakieś poczucie winy? Miałam to szczęście, by urodzić się w USA, możliwość edukacji. Trzeba się dzielić. To jest jak krwiodawstwo – możesz dać, więc to robisz. Nie można przez cale życie myśleć tylko o sobie”.

„Wolontariat” to coraz bardziej popularna forma zdobycia doświadczenia, spędzenia wakacji, podrożowania, poznawania nowych miejsc, ludzi i kultur, nierzadko pomaga sprecyzować plany na życie. To pomoc bezpłatna, ale nie bezinteresowna: decyzja o włączeniu się w nią najczęściej argumentowana jest potrzebą bycia potrzebnym, imperatywem religijnym czy chęcią zdobycia doświadczenia. Niektórzy mówią, że dobrze widziane jest dzisiaj wpisanie wolontariatu w CV…

Zatem: altruizm czy egoizm? Czy altruizm w czystej postaci w ogóle istnieje? Dogłębna analiza sprowadziłaby się zapewne do odwiecznych pytań o naturę człowieka. Kluczem jest motywacja, być może za nią kryje się odpowiedź na pytanie, czy altruizm wynika z chęci zaspokojenia własnego ego… To oczywiste, że pomagając innym, podbudowujemy również poczucie własnej wartości. Być może jednak polaryzacja nie jest konieczna. Ostatecznie, najważniejsze, że – bez względu na nasze osobiste korzyści – inny również czerpie z tego źródła.

W dobrze zorganizowanej formie taki alter-egoizm jest bardzo potrzebny. W samym Nairobi działają tysiące organizacji pozarządowych, które bardzo chętnie przyjmują dobrodusznych wolontariuszy. Nairobi to też największe slumsy Afryki, półtora miliona ludzi żyje tu w nędzy… Zadaniem większości wolontariuszy jest analiza sytuacji biednych, głodnych czy chorych. Bardzo niewielu spośród nich decyduje się jednak na pracę u podstaw w brudnych, śmierdzących i niebezpiecznych slumsach… Wizyta w tej zapomnianej kolebce ludzkości wciąż jednak kusi. Mieszkanka Johannesburga opowiadała mi o zorganizowanych wycieczkach do slumsów dla turystów szukających wrażeń i znudzonych urodą parków narodowych.

Rozdawnictwo

Groteskowa jest myśl, że politycy mogą sprawić, by bieda przeszła do przeszłości, tylko tej mocy dotychczas nie użyli.
„Financial Times”


Problemem nie jest brak pomocy, tylko brak jej efektywnego wykorzystania. W strategii Unii Europejskiej dla Afryki na lata 2005–2015 wyraźnie zaznaczono, że Afrykanie muszą uczestniczyć w kształtowaniu dróg rozwojowych swojego kontynentu. Polityka pomocowa krajów rozwiniętych zbyt często odbiera tę szansę, dając to, co już stworzone. Rozdawnictwo to nasza specjalność. Skutecznie koi kolonialne wyrzuty sumienia…

Polityka rozdawnictwa prowadzi do marazmu, wyciągania rąk w stronę bogatych państw i zbytniego polegania na ich pomocy. Niewłaściwa polityka lokalnych rządów to główny problem, ale istotne są też błędne zachowania na poziomie jednostkowym. Jak turysta z Berlina mógłby nie rzucić grosza bosemu, brudnemu dziecku, które za nim podąża przez pół godziny po ulicach Mombasy, mówiąc, że jest głodne? Takie doświadczenie pozwala wytworzyć świadomość, że zawsze znajdzie się ktoś o miękkim sercu i z wyrzutami sumienia pojawiającymi się na wspomnienie o wykupionym w hotelu all inclusive. To sprawia, że dziecko na zawsze pozostanie na tej ulicy. Z czasem, kiedy wyrośnie, nikomu już nie będzie go żal, a życie na ulicy bez taryfy ulgowej stanie się bardziej ryzykowne. All inclusive…

W 2000 r. 189 państw świata, podpisując Deklarację Milenijną (Deklaracja Milenijna ONZ, New York, wrzesień 2000, dostępna jest na stronie www.un.org/millenium/declaration/ares552e.htm) , podjęło wyzwanie „wyeliminowania ubóstwa i zmniejszenia nierówności na świecie”. Rzeczywistość niestety nie dorosła do tej wspaniałej idei. Już w zeszłym roku okazało się, że cele te nie zostaną w pełni osiągnięte do wyznaczonego roku 2015. Gdyby wszystkie nadwyżki żywności oddać głodującym na świecie, cel pierwszy, czyli „zmniejszenie o połowę ekstremalnego ubóstwa”, można byłoby skreślić z listy. Niestety, rozdawnictwo na dłuższą metę stopuje procesy rozwojowe; nie wspominając już o rozkradaniu datków przez elity rządzące (jak to ma miejsce np. w Kenii) czy bandy rzezimieszków (przypadek Somalii), czyli o faktycznym mijaniu się z celem – niedocieraniu do potrzebujących. Rozdawnictwo nie tylko nie przetransformuje Afryki w pożądanego partnera do wymiany handlowej, ale i zniechęca lokalnych przedsiębiorców do inicjatyw gospod arczych. Po co otwierać sklep z ubraniami, skoro europejskie firmy wysyłają darmowe podkoszulki?

Sprzedawane Zachodowi kampanie medialne, ściskające serca zdjęcia bosych, chorych dzieci – spotykają się z odzewem. Do potrzebujących dociera jednak najwyżej 1/5 z tego, co było przeznaczone. Co gorsza, często jest to pomoc doraźna, w postaci rzeczy materialnych, takich jak jedzenie czy ubrania. Afryka potrzebuje inwestycji, które przyniosą długotrwały efekt. Zwłaszcza inwestycji rozwojowych – tymi mają zająć się przede wszystkim tak popularne w Afryce organizacje pozarządowe. Tyle że znakomitą część budżetu organizacji pozarządowych pochłaniają koszty administracyjne – rozbuchana biurokracja to nie tylko europejski problem. Mieszkający w Nairobi znajomy tłumaczył mi: „Przykładowe NGO (Non-Governmental Organisation) dostaje określoną pulę pieniędzy, z niej trzeba wypłacić pensjepracownikom, pokryć koszty utrzymania biura, samochodu, następnie opłacić seminaria, szkolenia itd. Jeśli z tego zostanie jakaś część na wyznaczony projekt, to dobrze”.

W Human Development Report za 2005 rok słusznie podkreślono, że jedną z przyczyn nieefektywności programów pomocowych jest zła koordynacja oraz brak współpracy między donatorami a sferą rządzącą kraju–beneficjenta. Sami darczyńcy zbyt często prześcigają się w konstruowaniu programów pomocowych i toną w projektach, analizach i raportach… Oczywiście, dobrze zorganizowana pomoc płynąca z zewnątrz jest nieoceniona. Stopniowy spadek liczby zakażeń wirusem HIV w Kenii, pomoc podczas suszy w najbiedniejszych rejonach Sahelu czy akcja szczepień przeciw polio 3 mln dzieci w Kenii, Somalii i Etiopii we wrześniu tego roku bez zachodnich pieniędzy nie miałyby miejsca.

Hipokryzja polega na tym, iż uświadamiając świat o konieczności udzielania pomocy rozwojowej, jednocześnie narzucamy krajom afrykańskim zbyt wygórowane wymogi na poziomie wymiany handlowej (Afryka to jedyny kontynent, który więcej importuje, niż eksportuje). Ta dwulicowość pozwala wciąż uzurpować sobie prawo do „naprawiania tego zła” i równocześnie szczycić się pierwszym miejscem na światowej liście darczyńców. Który pierwiastek: alter czy ego, dominuje tym razem?

Slumsy

Nairobi to śmieci i slumsy. Śmieć na śmieciu, dziecko na dziecku.
(Polka mieszkająca od kilku lat w Nairobi)

Dlaczego alter? Wystarczy osiem godzin podróży samolotem, by z lotniska we Frankfurcie przemieścić się do Nairobi i zobaczyć największe w rejonie slumsy Kibera, gdzie gęstość zaludnienia wynosi 3 tysiące osób na jeden hektar, po dalszych trzech godzinach podróży docieramy do dzieci umierających na AIDS w hospicjum w Nanyuki. Cierpienie, głód i śmierć są „żywym” faktem, są obecne nieustannie, nawet gdy telewizyjny reportaż na ten temat się skończy. Wystarczy przemieścić się o kilka tysięcy kilometrów, by zrozumieć, dlaczego Polska jest wymarzonym rajem dla ponad miliarda ludzi.

Oficjalnie slumsy w Kenii nie istnieją. W Nairobi „domy” półtora miliona ludzi nie są zaznaczone na żadnej mapie. Jednakże nie przeszkadza to właścicielom owych „domów” i terenów, na których się one znajdują, pobierać opłat od najemców. W raportach dotyczących slumsów nagminnie pomija się informacje o tym, że wynajmującymi są bardzo często ludzie pracujący dla kenijskiego rządu, dla których ewentualna zmiana statusu slumsów na oficjalne budynki mieszkalne byłaby niekorzystna (wiązałoby się to z opłaceniem podatków czy koniecznością podłączenia prądu i umożliwieniem dostępu do czystej wody).

Problem slumsów w Afryce jest o wiele bardziej skomplikowany, niż wydaje się to Europejczykom oglądającym telewizyjne reportaże na ten temat. Nie jest to tylko kwestia biedy czy masowej migracji ze wsi do miast, ale również historycznych zawiłości. Tereny, na jakich ulokowane są slumsy, w większości zostały przekazane Numibijczykom przez Brytyjczyków w ramach wdzięczności za walkę u boku kolonizatorów podczas wojny. Oczywiście spotkało się to ze sprzeciwem ze strony plemion, do których te ziemie należały wcześniej.

Korupcja i omijanie przepisów prawnych są specjalnością Kenijczyków. Wystarczy przejść się w okolice dużych fabryk, pod których murami przykucnięte, ubrane w najbardziej odświętne stroje dziesiątki chętnych do pracy czekają z nadzieją, że to właśnie ich dziś wybiorą. Bo nabór do pracy odbywa się codziennie. Pracuje się kilka dni, czasem parę tygodni, do momentu, gdy trzeba by podpisać umowę (czytaj: gdy pracodawca musiałby zacząć płacić podatki). Jak opowiadał jeden z mieszkańców Mukuru slum: „Oni nawet nie mówią „do widzenia”. Nawet nie wiesz, że masz nie przychodzić. Po prostu na twoim miejscu jest ktoś inny, tak jak i ty byłeś na miejscu kogoś innego”. Bezrobocie w Kenii wynosi 50%.

W Mukuru kwa Ruben slum mieszka 50 tysięcy ludzi. Mnóstwo dzieci, ścieki i śmieci na ścieżkach między „domkami”. Uderza mdły zapach węgla drzewnego. Sprzedających go można poznać od razu – szarzy od pyłu są jego żywymi nośnikami. Slumsy kojarzą się przede wszystkim z biedą, głodem, chorobami, ale trzeba też zauważyć, że mieszkający tam są dobrze zorganizowani. Funkcjonują szkoły (najczęściej prowadzone przez misjonarzy), czasem szpital czy posterunek policji, pełno małych sklepików, aptek, salonów fryzjerskich czy krawieckich. Jest to codzienność tysięcy ludzi. Slums wyróżnia jednak to, że pogrzeby są tu najczęstszą formą uroczystości. Śmierć jest widoczna, choćby poprzez wielość sprzedawanych trumien. „Zakład pogrzebowy to intratny interes w slumsie” – mówi szef tutejszej policji.

Komisariat policji to jeden z trzech oprócz szpitala i kościoła katolickiego murowanych budynków. Pusty, mały kwadrat bez zbędnych mebli. Wita wszechobecne zdjęcie uśmiechniętego prezydenta Mwai Kibaki. Jak większość mieszkańców slumsu prezydent pochodzi z plemienia Kikuju. To jego mieszkańcy stanowią i będą stanowić jego elektorat wyborczy w kolejnych wyborach. Nie powstrzyma ich informacja o kolejnych aferach korupcyjnych, o które jest oskarżany. W tym upale, kurzu i smrodzie aż chce się siedzieć w murowanym komisariacie. Trzech policjantów, dwa kałasznikowy i jeden ogromny karabin. Pytam o statystyki, przestępczość wśród młodzieży, gwałty na dzieciach.
– Zdarzają się, jak wszędzie. Codziennie mamy tu przypadki gwałtów – mówi policjant z kałasznikowem.
– To dlatego, że ludzie są zdesperowani – mówi ten z karabinem.
– Nie – tłumaczy pierwszy – to dlatego,że jak rano wstajesz i nie masz nic do roboty,to przez cały dzień stoisz i patrzysz… Na ulicach mnóstwo dzieci, a jak się tak napatrzysz na te dziewczynki…

W slumsach na moje pytania o szanse efektywnej pomocy najczęstsza odpowiedź to: „szkoła”. Kenia to ogromny potencjał młodych ludzi, jednakże kenijski rząd po wprowadzeniu w 2003 roku bezpłatnych szkół podstawowych (!) osiadł na laurach i nawet nie przebąkuje się tutaj o idei bezpłatnej edukacji na poziomie średnim czy wyższym. Co gorsza, przepaść między szkołami prywatnymi i państwowymi jest gigantyczna. Szkoła państwowa to często 80 dzieci w jednej klasie. Szkół jest zdecydowanie za mało, a przy ciągłym wzroście demograficznym przewidywanym w Kenii i braku konkretnych nakładów na budowę nowych szkół nie ma żadnej szansy rozwoju. Uczniami w slumsach często zajmują się wolontariusze. Rozmawiałam z wolontariuszką z Polski, która bez żadnego przygotowania uczyła w szkole podstawowej właściwie wszystkiego – począwszy od angielskiego, a skończywszy na matematyce.

Nadzieja

Mimo niedogodności życia (60% populacji żyje za mniej niż dolara dziennie) Afryka to ogromny potencjał; bomba demograficzna i źródło zasobów naturalnych. Coraz mniej wydaje się na zbrojenia, coraz więcej na edukację. W przypadku Kenii można mówić o prawdziwym głodzie wiedzy wśród młodzieży. Chętnych na studia jest więcej niż miejsc na uniwersytetach, dlatego wielu Kenijczyków wyjeżdża do sąsiedniej Ugandy, by kontynuować edukację. Ci, którzy mają szansę (a przede wszystkim pieniądze) na dalszą edukację, nierzadko w Europie, są kenijską nadzieją na lepsze jutro. To właśnie młodzi z ich dynamizmem są nadzieją i motorem napędowym wielkiego kontynentu. Historia ma kształt fali: kiedyś Europa dzierżyła palmę pierwszeństwa w rozwoju, dziś są to Stany Zjednoczone, jutro Chiny, a kto następny?

Zamiast czytać kolonialne pamiętniki Karen Blixen spójrzmy na Afrykę oczami Olgi Stanisławskiej, której książka Rondo de Gaulle’a jest przenikliwą opowieścią o współczesnej Afryce, czy Piotra Kalwasa, nominowanego w tym roku do nagrody Nike za spisaną w Etiopii historię pt. Czas. Afryka wymaga od nas znajomości jej kultury, otwartości na inność i co najmniej próby zrozumienia. W zamian może dać poczucie sensu.

Ważne, by mieć szerszą perspektywę i nie rzucać się z aparatem na zdobione kolorowymi paciorkami uszy Masajów, jak to mają w zwyczaju europejscy turyści. Błędem jest patrzenie na Afrykę poprzez pryzmat tak często rzucanego w Europie hasła „Afryka umiera”. Co dziesiąty z ludzi żyje na tym „kontynencie o kształcie ludzkiego serca” (Graham Greene). Afryka jest kontrastem sama w sobie. Daje tyle miłości szczęśliwym rodzinom, ile cierpienia ofiarom konfliktów. Motywacje przybyszów z zewnątrz są również sprzeczne: Afryka może być zarówno nową zabawką dla znudzonych Wyspami Kanaryjskim turystów, jak i natchnieniem dla poszukujących inspiracji artystów czy ucieczką dla ludzi zmęczonych społeczeństwem doby konsumpcjonizmu. Jest wyjątkowa – uwrażliwia, wzbudza nieprzewidziane emocje, rozbudowuje myśli i tworzy nowe perspektywy. Dotyka duszy. Afryka nie potrzebuje od nas litości, nie chce wyzysku. Jest kolebką życia, kontynentem niewykorzystanych możliwości. Wciąż ma szanse stać się przyszłością i nadzieją świata.

Sylwia Kowalik, Znak, Rubryka 1984, październik 2006