sobota, 22 września 2007

SZERMIERZE DLA PALESTYNY. RAMALLAH 2007



Jesteśmy w Ramallah. Dziwacznie to brzmi. Smiejemy się że powysylamy ludziom pocztowki z dopiskiem „buziaki ze słonecznego Ramallah. Rzeczywiście w Polsce Ramallah nie ma pozytywnych skojarzeń. Ale tu, na miejscu czuję się zupełnie inaczej. Nawet, powiedziałbym, dużo bezpieczniej. Mimo niepokoju z Strefie Gazy czuję, że ani Sylwii, ani mnie włos z głowy nie spadnie. Zawsze będąc za granicą przypisywałem takie uczucie bezpieczeństwa opiece, jaką zawsze otaczali mnie ludzie. Nawet, jeśli taka opieka staje się po pewnym czasie uciążliwa, kiedy do tego stopnia wsiąknę w atmosferę obcego do niedawna miejsca, że będę czół się przebywając w nim, jak w domu, te pierwsze dni są naprawdę ważne i wpływają na całokształt poglądu o tym miejscu jaki, na szczęście lub nieszczęście, pokutował będzie we mnie. Tym razem jednak wszystko zaskoczyło zupełnie niebywale. Daj coś Arabowi, on będzie ci do końca wdzięczny. Ten, kto pierwszy daje coś w prezencie jest zawsze na wygranej pozycji. Nie czyni bowiem niczego z obowiązku. Natomiast obdarowany czuje się zobowiązany odpowiedzieć. Albo odpłaci się, albo nie, ale zawsze musi dokonać wyboru. Nie może nie zrobić niczego. I tak: Palestyńczycy obdarowani wszystkim tym ,na co składa się projekt „Szermierze dla Palestyny”, wzięli sobie tę zasadę do serca. To wszystko w połączeniu z ich mentalnością (na którą składają się dwie zasadnicze cechy) powoduje niesamowitą mieszankę wybuchającą strumieniami gościnności i usłużności. Tyle, że my traktujmy to w innych kategoriach. Więc jesteśmy przyjmowani przez wszystkich i wszędzie. Jesteśmy z Sylwią oczkami w głowach parunastu bez mała mieszkańców Ramallah. Jestem ciekaw jak będziemy to znosić za dwa miesiące, a jak za 7 miesięcy (Syria). W czasie niespełna dwóch tygodni naszego pobytu w Palestynie nie zdarzył się taki dzień, w którym nie zostalibyśmy zaproszeni na kolację. Zdarzyły się natomiast takie dni, w których postawieni zostaliśmy przed koniecznością dokonania niewygodnego wyboru między osobami, które nas zapraszały. Poza tym więcej razy odmówiliśmy, niż skorzystaliśmy z zaproszeń. Ale i tak codziennie gościliśmy u kogoś w domu. Nigdy nie jestem w stanie wyczuć czy odmowa razi Arabów czy nie. Muszą przecież znać granicę prywatności i muszą wiedzieć o istnieniu sfery prywatnej. Tyle, że ja nigdy nie wiem, gdzie ona przebiega. Wiem, że dla mnie przebiega ona tam, gdzie kończy się coś, co robię sam, a zaczyna coś, co robię wspólnie. I to jest chyba klucz do wszystkiego: czynności wykonywane wspólnie. W związku z tym, że Arabowie właściwie wszystko robią wspólnie (czy wynika to z braku kontaktu z kobietami?), wszystko może zostać zrobione we wspólnym gronie zupełnie tak samo dobrze jak w pojedynkę. Ja tak nie uważam i to chyba jest powód mojego dyskomfortu (choć i tak niezwykle rzadko towarzyszy mi takie uczucie). Kiedy, powiedzmy, jadę pustym autobusem i pan który właśnie wsiada nie wybiera miejsca innego jak to przy mnie może mi takie uczucie towarzyszyć. Chyba nie ma czegoś takiego, jak samodzielna jazda autobusem.